Dzienniki z Transylwanii...

Szczegóły wyjazdu, zdradzające wybrane atrakcje będziemy udostępniać w formie odcinkowej opowieści – o przygodach Autoryzowanego Partnera Soneta – Janka Harkera wybierającego się w podróż do Transylwania w celu wdrożenia enova365 w przedsiębiorstwie hrabiego Drakuli. Zapraszamy do lektury „Dzienników z Transylwanii”...

 

ZOBACZ NOWY ODCINEK: 

Dziennik cz. 7 

Dziennik cz. 6 

Dziennik cz. 5  


Dziennik cz. 4 

Dziennik cz. 3 

Dziennik cz. 2 

 Dziennik cz. 1 

   

Dziennik Janka Harkera, 5 października…

Ucieszyłem się z otrzymanego od Sonety przekazania. Opis był bardzo obiecujący. Podobno rozwijające się przedsiębiorstwo potrzebuje systemu spełniającego wymogi RODO, oferującego zdalny dostęp do danych, archiwizacje itp. itd. Wielooddziałowy podmiot, działający międzynarodowo. Mnóstwo stanowisk i modułów. Wszystko brzmiało podejrzanie świetnie. Spokoju nie dawało mi jednak dlaczego krajowy podmiot, poszukuje naszego polskiego systemu choć główną siedzibę ma w mało znanym zakątku świata zwanym Transylwanią.  Było to zastanawiające, szczególnie, że nie znalazłem wielu informacji o Dracula S.A. w Internecie.   

Sama tzw. „Transylwania” była dla mnie zagadką. Przeszukałem wyszukiwarkę odnośnie informacji dotyczących Transylwanii; zakładałem bowiem, iż podczas spotkania z tamtejszym biznesmanem przydadzą mi się chociażby podstawowe wiadomości o jego ojczyźnie. Dowiedziałem się, że cel mojej podróży znajduje się na pograniczu Transylwanii, Mołdawii i Bukowiny, w samym sercu Karpat — w jednym z najmniej znanych zakątków Europy, z pięknymi krajobrazami i zachowaną dzika przyrodą. Nie natrafiłem jednakże na żadną mapę, ani na żaden artykuł, ani w ogóle nic, co by mi pomogło bliżej zlokalizować siedzibę Dracula S.A. Dowiedziałem się tylko tyle, iż miasto Bran, które Pan Dracula podaje jako miejsce spotkania, znane jest w świecie z kamiennego zamczyska.

W Bukareszcie wylądowałem popołudniu. Rozpocząłem od krótkiej wizyty w centrum tego żywiołowego i dość ciekawego miasta (o charakterystycznej mieszance słowiańsko-romańskich tradycji).  Zgodnie z instrukcją pana Draculi skierowałem się do restauracji Caru’cu Bere. Ponoć powstała w 1899 r. i uważana jest za jedną z najlepszych restauracji w Bukareszcie. Przyznam, iż regionalne potrawy mi zasmakowały.

Po posiłku udałem się na krótki spacer po najstarszej części miasta, które wiek temu uzyskało przydomek Małego Paryża. Znajdują się tu liczne pałace, kamienice, cerkwie i parki. Plan mojego dnia był intensywny, więc po krótkiej przechadzce udałem się na dworzec, gdzie na podstawie przesłanego mi biletu zająłem miejsce w autokarze.

Po drodze oglądałem cudowne krajobrazy górski. Mijaliśmy miasteczka i wsie, niektóre z nich jakby przylepione do stromych zboczy, na wysokich wzgórzach widniały zamki i pałace, twierdze i prastare warownie, przejeżdżaliśmy nad rzekami i bystrymi potokami, które — sądząc po podmytych brzegach — często wylewają.

Ściemniało się, kiedy dotarliśmy do Braszowa, ciekawego, historycznego miasta. W mieście do dziś widać liczne ślady burzliwej przeszłości. Nad miastem górowało zalesione wzgórze. Staromiejskie centrum było wciśnięte jakby pomiędzy wzniesienia. Układem urbanistycznym i architekturą przypominało najpiękniej miasta środkowej Europy. Potężna czarna katedra górowała nad całością. Nie było tego dnia jeszcze dość czasu na zwiedzani wszystkich ciekawych zakątków.

Po dotarciu do hotelu na pobliskiej Poiana Brasov –górskiej polanie nieopodal miasta, zakwaterowano mnie w pokoju. Zaintrygowała mnie ciemnobeżowa, starodawna stylizowana koperta położona na bukowym stoliku. Była oznaczona czerwona pieczęcią i pachniała kominkowym drewnem. Łamiąc czerwony sygnet otworzyłem zawartość. List na czerpanym papierze, wypisany gęsim piórem wprawił mnie w osłupienie.

Drogi przyjacielu!

Witam w Karpatach. Nie mogę się pana doczekać. Proszę się dobrze wyspać. Jutro rano wyruszy Pan podróż w jednym z moich wozów, ma pan w nim zarezerwowane miejsce. Na Wilczej Przełęczy proszę oczekiwać dalszych wskazówek. Ufam, iż miał pan dobrą podróż z Warszawy i że spodoba się panu moja ojczyzna.

Z przyjacielskim pozdrowieniem

Dracula

 Przygoda, która miała się tu wydarzyć, zdawała się dopiero nabierać tempa… 

   

Dziennik Janka Harkera, 7 października…

Następny dzień zaskoczył mnie jeszcze bardziej... Gdy siwa mgiełka opadła, nad zieloną polaną pośród wzgórz pojawiło się słońce. Nie czułem się senny, pomimo długiej podróży. Łóżko w hotelu „Ana” było naprawdę wygodne.  Po obfitym śniadaniu, na które składała się specjalność tamtejszej kuchni, potrawa zwana „zbójecką”, a przypominającą gulasz, wyruszyłem na spotkanie z moim środkiem lokomocji. 

Kierowca jeszcze przez chwilę rozmawiał portierem. Co chwila zerkali w  moją stronę, wkoło nich zebrało się kilka osób i wszyscy bez wyjątku kierowali ku mnie pełne ciekawości spojrzenia. A zatem, z niewiadomych przyczyn, dyskutowano o mnie. Niektóre słowa często się powtarzały, ale nie rozumiałem ich znaczenia. Wielokrotnie słyszałem tylko słowo „Dracula”. Pomyślałem o dużym respekcie jakim darzona jest ta firma i jej Prezes. Z ich twarzy dało się wyczytać niepokój. Mogło to oznaczać, iż dopięcie kontraktu oraz wdrożenie u tego Klienta nie będzie takie proste. Zmartwiłem się, bo wole szybkie i konkretne tematy, niż spędzać wieczność u jednego kontrahenta.

Ku mojemu zdziwieniu, przed hotelem czekał na mnie pokaźny samochód terenowy! Od kierowcy dowiedziałem  się, iż dzięki temu możliwy będzie przejazd przez górskie bezdroża.  Nie miałem pojęcia, iż nasza podróż będzie oznaczała zboczenie z głównych tras i wyprawę po wyboistych ścieżkach. Kierowca odziany był szerokie płócienne spodnie, zwane tu „Gaciami”.  Usiadł wygonie w fotelu i nacisnął gaz. Samochód ruszył z kopyta, unosząc mnie ku przeznaczeniu. Droga była wyboista, pędziliśmy z diablim pośpiechem. Widocznie kierowca chciał jak naj prędzej dotrzeć do Wilczej Przełęczy. Szybko pozostawiliśmy asfaltowe drogi za sobą i zjechaliśmy w leśne dukty i trawiaste płaskowyże. Po prawej i po lewej ciągnęły się urocze pagórki, za które powoli chowało się popołudniowe słońce. Na horyzoncie bieliły się malownicze szczyty. Tu i tam srebrzyły się górskie wodospady. Od czasu do czasu mijaliśmy zwierzęta, rolników i pasterzy.  Mijaliśmy wozy drabiniaste — zwykłe chłopskie wozy o podługowatym szkielecie.

 

Mgła opadała na dęby, buki, sosny. Za jasną połacią nieba dziwnie kontrastowały ciemne chmury o poczwarnych kształtach. Droga stawała się miejscami tak stroma, że ryk silnika był coraz głośniejszy.

Wydawało się, iż kierowca nie oszczędza swojego pojazdu, tylko wymyślają najdziwniejsze podjazdy i trasy zgodnie z zasadą: IM WIĘCEJ ADRENALINY TYM LEPIEJ!  Za szybą coraz szybciej migały widoki na  Karpaty, dzikie lasy, jary, wioski.  W sumie miałem niezły ubaw i ten przejazd sprawił mi dużo przyjemności. Sam próbowałem trochę jazdy po lesie i jestem cichym fanem 4x4.

 

Gdy kierowca się zatrzymał, na rozłożystym wzgórzu ujrzałem potężną warownie, zamek z podgrodziem, otoczony szerokim murem.  

 - Panie Harker, zatrzymamy się przy twierdzy Rasnov – powiedział kierowca. – To bardzo ciekawe miejsce.  W przeciwieństwie do większości znanych nam zamków, nie był on siedzibą władzy, ale tak zwanym zamkiem chłopskim, służącym do obrony ludności cywilnej w przypadku najazdu wroga. Poczekamy na pozostałe pojazdy i ruszymy w stronę Wilczej Przełęczy i następnie na posiłek tak jak poprosił mnie Prezes Dracula.

Nie wiedziałem o co chodzi z innymi pojazdami ale pozostało mi zaufać kierowcy i podążać zgodnie z ustalonym przez niego programem. Sam przejazd i krajobrazy zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Zamek był czymś niespotykanym. Twierdza składała się z zamku górnego i dolnego, otoczona murami o wysokości 5 metrów. Górny zamek, który przyszło mi oglądać, to bardziej mała, warowna wioska licząca około 30 domostw.

 

Zanim opuściłem zamek, miało miejsce dziwne zdarzenie. Niepostrzeżenie starsza pani, wybiegająca z jednego z kamiennych domostw, wpadła na mnie wołając histerycznie:

Czy koniecznie musi pan tam jechać? Mój Boże, młodzieńcze, czy to naprawdę konieczne?!

Była tak zdenerwowana, iż od razu plątała swój mierny angielski z jakimś innym, niezrozumiałym dla mnie językiem. Chcąc wiedzieć o czym gada, musiałem jej przerywać pytaniami. Kiedy jej wyjaśniłem, że moja wizyta ma charakter zawodowy, klasnęła w dłonie i zapytała troskliwie:

Czy pan się orientuje, że dzisiejszej nocy, gdy zegar wybije północ, świat opanują wszelkie złe moce? Czy pan w ogóle wie, dokąd jedzie i do kogo? Czy nie słyszał Pan nigdy o Draculi?

Bez wątpienia bardzo się o mnie martwiła. Próbowałem ją uspokoić, ale bez skutku. W końcu padła przede mną na kolana, prosząc w imię wszystkich świętych, bym nigdzie się nie wybierał, żebym zaczekał chociaż dwa dni. Sytuacja była po trosze komiczna, a ja czułem się zażenowany.

Nie mogłem przecież dopuścić, żeby coś przeszkodziło w wykonaniu mojej misji…spotkania z Draculą…




Dziennik Janka Harkera, 8 października…

Po wizycie w zamku chłopskim Rasnov wyruszyliśmy dalej samochodem. Kierowca nie szczędził mi wrażeń, ciągle wymyślając skróty przez gęsty las, ostre zjazdy przez zbocza pagórków. Wyraźnie spieszył się. Zdawałem sobie sprawę, iż program wymyślony dla mnie przez Draculę był wyjątkowo intensywny. Droga pięła się coraz wyżej, a my zdawaliśmy się unosić nad nią w szalonym pędzie. W pewnej chwili z obu stron do drogi zbliżyły  się góry, jakby chciały nas uciszyć swoim spojrzeniem. Wjeżdżaliśmy na przełęcz z której rozpościerał się widok na szeroką polanę otoczoną górskimi zboczami.

- Zanim dojedziemy na obiad wcześniej podszkolimy jednak jeszcze jazdę samochodem aby poznał Pan jak jeździ się po tych górskich trasach  - przerwał podróż mój kierowca.

 Okazało się, iż prowadzenie terenowego auta w górskim terenie jest prawdziwym wyzwaniem. Nie było łatwo pokonywać te wszystkie zastawione przeszkody. Miałem jednak w tym dużo frajdy i na dłuższą chwilę zapomniałem o obowiązkach i prawdziwym celu mojej wyprawy.

Po szkoleniu, dojechaliśmy na miejsce posiłku. Na górskim zboczu znajdowała się stara chata wokół, które kłębiły się gromady owiec. Chmara białych, puszystych jagniątek przypominała chmury tańczące na wietrznym niebie. Dołączyły do mnie inne samochody. Okazało się, że moja podróż jest częścią większej wyprawy organizowanej przez Prezesa Draculę.

- Panie Harker, witamy na tradycyjnej owczej farmie – powitał mnie głośno łamanym angielskim starszy baca - Tu tradycyjnymi metodami produkuje się ser, kiełbasę i inne smakołyki. Mam nadzieję, że zasmakuje Panu prawdziwa transylwańska strawa.

  

Zasiedliśmy  przy prostych ławach. Na drewnianej zastawie pojawiła się polenta, gulasz, świeże warzywa. Po obiedzie wznieśliśmy toast z tradycyjnej nalewki.

 

- Panie Harker, musimy już jechać – powiedział mój kierowca – robi się już późno a powinniśmy przez zmrokiem dotrzeć na miejsce…

 

Wiedziałem, że to już ten moment kiedy mamy wyruszyć do słynnego zamku Draculi w Branie. Słyszałem, iż warownia powstała w średniowieczu na wysokiej, 60 metrowej skale nad doliną, którą prowadził trakt handlowy przez tzw. Alpy transylwańskie.

 

Gdy zbliżaliśmy się na miejsce ciemna chmura przesłoniła słońce kierujące się ku zachodowi. Choć do nocy pozostało nam kilka godzin, otoczyły nas ciemności. Mrok potęgowała nasza trasa przez leśne trakty. Sceneria była tak dziwna i niesamowita, że ogarnął mnie paraliżujący strach, tak że nie śmiałem przemówić, ani nawet się poruszyć. Droga wydawała się nie mieć końca; pędziliśmy teraz niemal w zupełnych ciemnościach, ponieważ przetaczające się po niebie chmury gęstniały z minuty na minutę.  Jechaliśmy pod górę, od czasu do czasu przerywając naszą wspinaczkę

szybkimi zjazdami; jednak przez cały czas pięliśmy się coraz wyżej i wyżej. W pewnym momencie dotarło do mnie, że pojazd zatrzymuje się u stóp jakiegoś ogromnego, kamiennego zamczyska, z którego wysokich, ciemnych okien nie wydostawał się najmniejszy nawet promień światła, a popękane mury obronne odcinały się czarną postrzępioną linią na tle nieśmiałych przebłysków słońca.

 

Gdy dotarliśmy na dziedziniec, usłyszałem dochodzący zza wielkiej bramy odgłos ciężkich kroków, a przez szpary bramy dostrzegłem zbliżający się blask lampy. Potem rozległ się brzęk łańcuchów i szczęk masywnej zasuwy. Z głośnym zgrzytem, który wskazywał na to, że zamek od dawna nie był używany, przekręcono klucz i wielka brama się uchyliła. Stanął w niej wysoki starzec, gładko ogolony, z wyjątkiem długich, siwych wąsów, od stóp do głów ubrany na czarno. W ręku trzymał starodawną srebrną lampę, której płomień, nieosłonięty żadnym kloszem, migotał w przeciągu spowodowanym otwarciem wrót, rzucając wokół długie, drżące cienie. Eleganckim gestem prawej ręki starzec zaprosił mnie do środka, mówiąc:

 

- Witamy na zamku! Proszę, niech pan wejdzie z własnej i nieprzymuszonej woli!

 

Dziennik Janka Harkera, 8 października…ciąg dalszy

 

- Pan Prezes Drakula? – spytałem nieśmiało postawnego mężczyznę.

Ten skłonił się dwornie i odparł:

- Witam serdecznie, może tak Pan się do mnie zwracać. I witam Pana, panie Harker, w mojej rodzinnej krainie. Cieszę się, że udało mi się Pana nakłonić do tak dalekiej podróży i odwiedzenia naszych skromnych progów.

- Przyznam, że podróż ta jest dla mnie bardzo miła i wiele doświadczyłem, niemniej przyjeżdżam w sprawie enova365…  - chciałem zwrócić rozmowę na sprawy biznesowych lecz Drakula szybko przerwał mi w pół zdania.

- Spokojnie, na to nadejdzie jeszcze czas. Dziś wyprawiam przyjęcie w restauracji Sura Dacilor i serdecznie Pana zapraszam. Pozwoli Pan, że udam się już na miejsce – spotkamy się tam wieczorem a teraz zachęcam do obejrzenia zamku.

 

Drakula zniknął jakby rozpływając się powietrzu. Mnie pozostało zwiedzane kamiennych komnat, do których przechodziło się pomiędzy wąskimi krętymi schodami i ciasnymi korytarzami. Zamek był wykonany z jasnego kamienia,  gdzieniegdzie pojawiały się drewno i cegła.  Zamek położony jest na skałach z wapienia i posiada liczne baszty i wieżyczki. Z wież roztaczają się wspaniałe widoki na okoliczny górski krajobraz. Zasługi dla powstania tego zamku miał Ludwik Węgierski, który zezwolił na budowę kamiennej fortecy w miejscu starej krzyżackiej warowni. Renesansowe attyki dodają budowli pewnej elegancji.

 

Samochodami udaliśmy się na kolacje do wspomnianej przez Drakulę oberży. Drewniana budowla przypominała znane mi z kraju góralskie karczmy - pełna była dekoracji ściennych, wiszących talerzy, garnków, materiałów i elementów domowego wyposażenia. Z sufitów zwisały pachnące wędzone sery. Panował tam hałas od kapeli, grającej skoczną ludową muzykę. Ubrani w tradycyjne stroje mieszkańcy Karpat podrygiwali w rytm zapraszając gości do tańca. Mi pozostało przysiąść się do swojego stołu i spróbować nawiązać rozmowę z Drakulą.

Mój gospodarz, który stał, opierając się o kamienny gzyms wielkiego kominka, pełnym gracji ruchem ręki  wskazał drewnianą ławę i powiedział:

- Proszę spocząć i częstować się wedle uznania – zachęcił mnie Drakula.

Teraz mogłem mu się wreszcie dokładnie przypatrzeć i przekonałem się, że jest to człowiek o bardzo charakterystycznej fizjonomii. Jego twarz ma bardzo, bardzo wyraziste, ostre rysy. Usta - na ile byłem je w stanie dojrzeć pod sumiastymi wąsami - są stale zaciśnięte, co w połączeniu z wystającymi na wargi, bardzo białymi, ostrymi zębami nadaje tej twarzy wyraz okrucieństwa.
Co najdziwniejsze, jego dłonie owłosione są także od wewnątrz.

Gdy wyjrzałem przez okno ujrzałem blask księżyca na niebie. Wszystko pogrążone było w dziwnym bezruchu, ale kiedy wytężyłem słuch, usłyszałem - jakby gdzieś daleko w dolinie - wycie wielu wilków. Oczy Drakuli rozbłysły i rzekł:

- Proszę ich posłuchać - dzieci nocy! Jakaż to wspaniała muzyka!

Widząc - jak przypuszczam - moją dość niewyraźną minę, dodał: 

 - Drogi panie! Wy - mieszkańcy miast - nie jesteście w stanie wczuć się w duszę myśliwego!... 

   

Dziennik Janka Harkera, 9 października…poranek

Znów obudziłem się wczesnym rankiem z bólem głowy. Nie mogłem za wiele przypomnieć sobie ze wczorajszej nocy i wydarzeń. W przebłyskach pamiętałem tylko twarz Drakuli i jego przejmujące spojrzenie. Doprawdy niezwykły to … człowiek?! Mój niepokój wzbudzała przechodząca z tyłu głowy myśl, jakby był on postacią z poza naszego świata. Może to moja wyobraźnia. W końcu w blasku księżyca krajobraz Transylwanii zdawał się mroczny, odmienny – tajemniczy, groźny, niepokojący. Unoszące się nad dolinami mgły oraz wszechobecne wycie wilków potęgują nastrój grozy. Teraz rakiem wszystko wygląda inaczej. Zielone polany obficie skąpane w słońcu zdają się przypominać sielskie pejzaże z dziecięcych obrazków. Wyjrzałem prze okno aby upajać się górskich krajobrazem -  dolina tętniła życie, a świeże powietrze rozbudzało mój umysł. 


Obsługa hotelowa dostarczyła do mojego pokoju wiadomość w zapieczętowanej kopercie:

Niestety w dzień nie mogę Panu towarzyszyć, Panie Harker. Zobaczymy się wieczorem w górach!

D.

Dziwi mnie, dlaczego on unika spotkania za dnia. Kiedy przyjdzie czas na poważną biznesową rozmowę… Nie miałem jednak z byt wiele czasu na rozmyślanie. Zapowiadał się kolejny dzień pełen atrakcji. Przed hotelem stały nasze terenowe samochody gotowe do drogi. 

Ruszyliśmy wysoko w góry, do jednego z najpiękniejszych zakątków Karpa – gór Bucegi. Ponoć stanowią one czwarte pod względem wysokości pasmo Karpat Rumuńskich.  Jak opowiedział mój kierowca wraz z niedalekim pasmem Piatra Craiului są jednym z najbardziej interesujących w Rumunii terenów pod względem florystycznym. Rejon ten uważany jest za centrum karpackiego endemizmu, jak również za jeden ze… światowych punktów mocy – czakramów. 

Zatrzymaliśmy się przy stacji kolejki linowej, która zabrała nas na grań na wysokości 2000 m.n.p.m. Wisieliśmy w małym wagoniku nad nieograniczoną przestrzenią pośród szarych skał. Dookoła rozciągały się piękne widoki. Karpaty zdawały się być dumne i doniosłe, w każdą stronę ciągnęły się nieprzerwanie górskie formacje. Maszerowaliśmy krótko w kierunku najsłynniejszej skały Karpat – Sfinksa! 

Dziwne opowieści krążą w Transylwanii o górze strzeżonej przez tego egipskiego stwora – niektórzy wierzą, że jest to dzieło przybyszów z kosmosu, inni opowiadają o zjawiskach paranormalnych występujących w okolicy – zapowiedział nasz przewodnik. 

Byłbym zdziwiony, gdyby cokolwiek co nas tu spotyka nie przywodziło na myśl mrocznych legend i wydarzeń… 

   

Dziennik Janka Harkera, 9 października…wieczór

Sfinks nie był taki straszny jak przewodnik zapowiadał. Ot, kolejne ciekawe zjawisko stworzyła matka natura tu w tajemniczej Transylwanii. Cała wyprawa w wysokie partie gór Bucegi napawała mnie spokojem. Rozłożyste doliny, masywne wzniesienia skąpane w przebijającym się nieśmiało słońcu budowały refleksyjny nastrój. Dużo myślałem o swoich przeżyciach i tej wyprawie. Czułem się szczęśliwy. Takie przygody napędzają mnie do działania. Tymczasem ilekroć powracała myśl o Drakuli mój umysł przeszywała panika. Kim on jest? I dlaczego chciał mojego przyjazdu w to miejsce? Co wydarzy się dziś? Jutro?

 

W południe odwiedziliśmy prawosławny monastyr na szlaku swojej dzisiejszej podróży. Tylko tam czułem się naprawdę bezpiecznie. Jakby był schronem przed mrocznymi siłami czającymi tu pośród sosnowych lasów. Następnie ruszyliśmy do schroniska Padina położonego w pięknej dolinie przy zielonej polanie.

Plan na dzisiejszą noc to porzucić wygody hotelu i spać w górskich warunkach i trochę zintegrować się z resztą uczestników tej ekspedycji. 

 

Jest ciemno, siedzimy właśnie przy ognisku, przegryzając pieczone mięso. 

Czuć zapach palonego drewna zmieszanego świeżość z otaczającego nas lasu i górskiego wiatru. 

Iskry wbijają się wysoko do nieba mieszając na nieboskłonie z tumultem gwiazd. 

 

Znów dały znać o sobie wilki. Z oddali wyłoniły się trzy postacie idące w naszym kierunku. Przybysze z otchłani szli dziarskim krokiem. Ich długie płaszcze sunęły się po mokrej trawie. Poczułem mrowienie na całej skórze…

- Idzie po nas!...



Dziennik Janka Harkera, 9/10 października…noc

Ta noc była pełna dziwów. Przez mrok przenikała fala przeszywającego zimna. Wiatr zdawał się docierać z leśnych otchłani.

Postacie, które zmierzały w kierunku naszej grupki powtarzały moje nazwisko. Pokierowano ich i udali się dziarsko w moim kierunku. Trzech postawnych mężczyzn przyglądało mi się z bliska.

- Niech Pan pozwoli, że się przedstawię – jestem dr John Seward – zagadnął jeden z nich. Sprawiał wrażenie doświadczonego naukowca.  Zza jego okularów widziałem dociekliwe spojrzenie i pewnego rodzaju przerażenie.

- Arthur Holmwood.

- Quincey Morris.

Przedstawiła się pozostała dwójka.


- Przysyła nas profesor Abraham Van Helsing – kontynuował dr Seward – przybyliśmy z centrali firmy Soneta aby Pana ostrzec. Drakula nie jest tym za kogo się podaje. Natomiast Pańska obecność nie jest tu przypadkowa. To my sprowadziliśmy Pana na tę wyprawę aby wyciągnął Pan więcej informacji od Drakuli. Musimy poznać jego zamiary. Bez tego nie może udać analiza przedwdrożeniowa. Niestety umknął on naszej uwadze. Może ten nocy Pan go spotka i zada tę listę pyta  – otrzymałem ciężki notes z kamienną oprawą w którym poszczególne strony wypełnione były szczegółowo opisanymi zagadnieniami. 

- A jeśli dziś mi się to nie uda? – spytałem.

- Już jutro rano wracamy do pojazdów i czeka nas trasa na lotnisko i powrót do Warszawy – dodał Quincey Morris. – Leci Pan z nami. Ale to nie koniec wyzwania. Wrócimy silniejsi. Już 10 czerwca planujemy kolejną powrotną wyprawę… dołączy do nas grono najlepszych ludzi. Mam nadzieję, że i Pan będzie na pokładzie.


Udział w tym wyjeździe to świetna przygoda i naprawdę zobaczyliśmy wiele miejsce. Pokochałem te góry, zamki. Twierdza Rasnov była imponująca, przejazdy terenowymi samochodami ekscytująca, a wieczory w lokalnych karczmach doskonałą zabawą. Najmocniej zatęsknię jednak za podmuchami świeżego leśnego powietrza, który unosił się nad rozłożystymi dolinami. Malarskie krajobrazy pozostaną  w mojej głowie. Mam nadzieję 10 czerwca tu wrócić. Mam nadzieję, że Ty będziesz tu ze mną.

Tymczasem ruszyłem w odmęt nocy… szukać Drakuli….